Spoglądając w przeszłość zastanawiam się, dlaczego ze wszystkich dni, Wigilia Bożego Narodzenia utkwiła mi w pamięci najbardziej. Może dlatego, że w tym dniu, będąc dzieckiem, miałem okazje do syta najeść się mojej ulubionej wówczas potrawy, jaką był makaron z makiem na słodko. Może dlatego, ze jako najstarszy z rodzeństwa otrzymywałem od rodziców pozwolenie na "ubieranie" choinki, które to zajęcie uwielbiałem i uważałem za honor, a może też dlatego, że w Wigilię wszyscy byli inni. Starali się nadać temu wieczorowi jakąś szczególną rangę, której wtedy jeszcze nie rozumiałem do końca, ale wewnętrznie czułem, że to coś ważnego, podniosłego. Świadczyło o tym zachowanie wszystkich członków rodziny; byli poważni, pobożni, nikt na nikogo nie krzyczał, każdy wykonywał swoje przydzielone zadania dokładnie i w skupieniu. Babcia, która była "podpowiadaczem" w sprawach tradycji mówiła, że "jak sie kto zachowuje w Wigilię, taki będzie przez cały rok". Starał się więc każdy jak mógł, żeby czegoś nie przeskrobać, i to było wspaniałe. O Wigilii mówiło sie już w jesieni. Zawsze, kiedy mieliśmy cukierki, mama upominała; "tych papierków nie wyrzucajcie-przydadzą się na choinkę". Zbieraliśmy je więc z braćmi wszystkie, a później powstawały z nich wielometrowe, kolorowe łańcuchy. Po choinke trzeba było chodzić do lasu (narażając sie gajowemu), gdyż na wsi nie było żadnej możliwości kupienia jodełki. Zanim stanęła na honorowym miejscu, przez kolka dni mieliśmy sporo pracy przy wykonywaniu przeróżnych ozdóbek. Było to moje ulubione zajęcie. Wymyślałem najdziwniejsze cuda z wydmuszek po jajkach, (których było sporo), złotek po cukierkach i czekoladzie starannie przechowywanych w książkach), z waty, kolorowych gazet, wycinanek i w ogóle wszystkiego, co wpadło w ręce. Do tego dochodziło kilka bombek, lameta, "włosy anielskie" i można było rozpoczynać strojenie drzewka. To był cały rytuał. Jak wspomniałem, byłem głównodowodzącym, dzielnie pomagał mi Andrzej, młodszy brat, bo Rysiu był jeszcze za mały, a od czasu do czasu wtrącał się tata, który doradzał z oddali, w którym miejscu wieszać, żeby było równo. Tak więc wędrowały na choinkę wszystkie wykonane przez nas ozdóbki; aniołki, pajace, mikołajki, gwiazdki, jabłka, orzechy w złotych papierkach, cukierki, wata imitująca śnieg, lameta i włosy anielskie. Na koniec tato mocował świeczki. Było to najbardziej odpowiedzialne zajęcie, gdyż znaliśmy przypadki pożarów choinek. W czasie, gdy byliśmy zajęci dekorowaniem, zjawiali się kolędnicy. Jak spod ziemii, z hałasem wpadali do domu i przedstawiali od lat taki sam tekst teatrzyku o Jezusku i Herodzie. Byli to moi starsi koledzy, którym pomagałem w przygotowaniach do kolędy. Własnorecznie wykonałem zbroję z tektury dla żołnierza. Stara rozmokła od śniegu. Nowa była pięknie dopasowana, pomalowana srebrolem. Nawet przyłbica była podnoszona. Kiedy cała podłoga w kuchni pływała w błocie, kolędnicy dostawali troche frykasów, pieniądze i wędrowali do sąsiada. Wieczerzę przygotowywały mama z babcią i jej siostrą. Ich obowiązkiem było przygotowanie aż dwunastu portaw. Babcie pilnowały, żeby wszystko było zgodnie z tradycją. Już nawet wszystkiego nie pamiętam, bo czegóż tam nie było; wspomniany już makarom (własnej roboty) z makiem na słodko, kapusta z grzybami lub z grochem, karp smażony i w galarecie, kutia, której nie cierpiałem, suszone śliwki specjalnie przyprawione, zupa ze śliwek z makaronem, barszcz z uszkami, jakaś kasza i inne jeszcze, których nazw nie pamiętam. Wszystko musiało być koniecznie postne, gdyż przed północą nie wolno było jeść nic mięsnego. W domu pachniało wanilią i cynamonem, gdyż jednocześnie piekły się ciasta. Tu z bratem rywalizowaliśmy o wylizanie miski po kremie lub makutry. Jeszcze przed wieczerza należało przynieść ze stodoły trochę siana i rozłożyć pod śnieżnobiałym obrusem, na którym ustawiano zastawę. Obowiązkowo jedno miejsce więcej dla niespodziewanego gościa. Nadchodził moment kulminacyjny. Po zmówieniu wspólnego pacierza, babcia, jako nestorka, podnosiła opłatek i łamiąc się ze wszystkimi po kolei-od najstarszego-roniła łezkę, dodając ją do życzeń. Pamiętam te chwilę, jako bardzo podniosłą. Był to jeden z nielicznych dni w roku, kiedy wszyscy dawali po sobie poznać, że naprawdę się kochają, widac było bardziej niż kiedys indziej ścisłe więzi, jedność jaka łączy obecnych przy wieczerzy. Skupienie. Po kolacji czekała jeszcze "niespodzianka", (na którą czekaliśmy najbardziej). Otóż w sianie pod obrusem zawsze znajdowaliśmy "drobniaki za grzeczne zjedzenie wieczerzy". Gdy już stół był posprzątany, mama z babcią szły z opłatkiem do krowy "pogadać", a my pozostawaliśmy w okolicach choinki. Chodzenie do naszej jedynej krowy "Lolki", było dla mnie przeżyciem jak byłem młodszy, kiedy wierzyłem i miałem nadzieję, że zwierzę do mnie przemówi. Teraz wolałem choinkę. Była przepiękna. Sam ją przyozdabiałem, a ciągle mi sie wydawało, że są na niej rzeczy, których wcześniej nie było. Miała w sobie jakąś niesamowitą moc przyciągania i magię, której nie można się było oprzeć. A może to, co było pod nią. Kiedy mama z babcią wracały po pogaduszkach z "Lolką", tata zapalał "zimne ognie" a to oznaczało prezenty. Było pod rozłożystym drzewkiem mnóstwo paczek, paczuszek, zawiniątek. Ich zawartość przyprawiała nas o gorączkę. Były to podarki dla każdego od każdego, a jednak, kiedy tata rozdawał, wyczytując kolejnych szczęśliwców, niespodzianki dotykały granic szczęścia. Radości i wesołości było co niemiara. Każdy prezent był najpiękniejszy na świecie, mimo, że w większości były to drobiazgi, albo rzeczy użytkowe, jak podkoszulki, czy skarpetki, które i tak trzeba było kupić. Rodzice i dziadkowie dostawali od nas własnoręcznie wykonane kartki z życzeniami i wyrazami wdzięczności. Gdy nasyciliśmy się nieco prezentami, siadaliśmy przed choinką i babcia zaczynała znaną wszystkim kolędę "Do szopki, hej pasterze", wtórowała jej cała gama głosów. Potem, pokolei inne coraz bardziej zagrzewały nas do śpiewania, aż w końcu tata śpiewał "przebój" Wigilii, "Tryumfy króla niebieskiego". Wszyscy cichli, żeby nie zakłócać basu pełnego patosu i pobożności. I tak aż do późnych godzin wieczornych. Tuż przed północą całą rodziną wychodziliśmy na Pasterkę, przywitać nowonarodzone dzieciątko. W kościele było tłoczno. Przychodzili nawet ci, którym normalnie do kościoła "nie było po drodze." Teraz śpiewali kolędy aż huczało. Niektórzy pokazywali ich wzrokiem. Kościół, pięknie przyozdobiony, w nocy wyglądał zupełnie inaczej niż zwykle. Dzięsiątki choinek, przybranych we wstążki, lampiony, watę, czasem bombkami. Atmosfera mistyczności, oczekiwania. W bocznej nawie, obok ołtarza szopka, z Jezuskiem, Marią i Józefem, wołem i osiołkiem, z pasterzami, aniołkami a nad szopką gwiazdka. Wszystko pięknie ozdobione i ci wszyscy ludzie klękający kolejno przed dzieciątkiem, oddający mu hołd z pobożnością. Rozumiałem, że biorę udział w wielkim wydarzeniu. To była długa noc. Trudno nie pamiętać takich chwil. Zapraszam również do przeczytania wiersza, w załączniku.